RSS
piątek, 23 października 2009
Słowo o szkolnictwie wyższym
Gazeta Wyborcza urządziła sobie prowokację mającą na celu pokazanie tego, co dla nas znaczą uczelnie wyższe. Dla zgrywy założyli stronę internetową na której opisali swoje warunki - 2 lata i magisterka, 200 zyli za miesiąc nauki. W ciągu 5 dni 500 osób się zapisało, a kolejne 4500 zasypało "dziekanat" pytaniami, jakie są warunki, bo chcieliby się zapisać. Kilkoro vipów zgłosiło się z chęcią prowadzenia wykładów na owej uczelni.

Jakie z tego wnioski? Wnioski są bardzo oczywiste, ludzie mają gdzieś to, czego się na studiach nauczą, obchodzi ich tylko papierek. Ich i nie tylko ich - nasi pracodawcy również mają gdzieś umiejętności samych kandydatów na stanowisko, liczy się dla nich wyłącznie to, czy dana osoba ma mgr przed nazwiskiem, czy też nie. No bo czego się uczymy na studiach?

Jestem przykładem wyjątkowym, gdyż już pięciokrotnie podchodziłem pod szczyt zwany "wykształceniem wyższym", w trybie dziennym i zaocznym, z czterech stron (Wojskowa Akademia Techniczna, Uniwersystet Kardynała Stefana Wyszyńskiego, Studium Policealne Profesja oraz Wyższa Szkoła Ekonomii i Zarządzania) za każdym razem odpadałem po 1-2 semestrach. Zaliczyłem

- mruczenie wykładowcy do 2 studentek w pierwszej ławce i olewanie całej reszty sali
- czytanie przez 1,5h z kserówek na każdym wykładzie przez cały semestr, a jako warunek zaliczenia przedstawienie notatek z owych kserówek.
- wlepianie wszystkim osobom w grupie ocen bardzo dobrych za samą obecność, żeby pochwalić się jak najwyższym odsetkiem słuchaczy, jacy przeszli na następny semestr
- praca wykładowców na 4-5 uczelniach na raz, przez co wykładowca ów bez uprzedzenia nie przychodził na zajęcia i zaliczenia.
- kompletne ignorowanie studentów przez biurwy w sekretariacie, zabawa papierkami, bzdury typu "sekretariat czynny w co drugi weekend w sobotę od 9 do 12
- notoryczne spóźnianie się wykładowców na wykłady i ćwiczenia po 15-20 minut



Straciłem ogołem około 10 tysięcy złotych na stykanie się z postkomunistycznym betonem mającym studenta za nic, nauczyłem się za to

- że nie ważne, że wykładowca zanotował w swoim kajecie ocenę oraz posiada oceniony oryginał kolokwium albo egzaminu, ważne jest to, żeby zawsze mieć przy sobie indeks i karte egzaminacyjną (które, nomen-omen zawierają identyczne informacje, które sami musimy przepisywać z jednego na drugie) wypełnione we właściwej kolejności - a nie daj boże, napiszesz inż mgr zamiast prawidłowego mgr inż!

- że nieobowiązkowość wykładu polega na tym samym, co nieobowiązkowość studiowania - nie będziesz mieć wyższego, jeśli na nich nie będziesz. A czego się na wykładzie dowiadujemy? Dokładnie tego samego, co na ćwiczeniach, lub laboratoriach.

- że 90-minutowe ćwiczenia z matematyki składają się z 20 minutowego spóźnienia wykładowcy, 30 minutowego monologu o tym, co będzie, a czego nie będzie na egzaminie, żebyśmy mogli się z tego wykuć na egzamin, 15 minutowej przerwy, 20 minutowego przedstawienia pracy domowej przy tablicy i 5 minut na zapisanie pracy domowej.

- że jeśli zostaniesz wykładowcą, to uzyskasz jedyne na świecie przyzwolenie na nieprzychodzenie do pracy bez żadnych konsekwencji

- że to, czy twoja sprawa zostanie w sekretariacie rozwiązana zależy wyłącznie od tego, w jakim humorze jest biurwa dnia owego.

Nie chcę już studiować. Nie pomoże w tym powtarzanie mojej rodziny o tym, że to wstyd nie mieć wyższego, nie pomoże w tym powtarzanie, że bez wykształcenia nie znajdę lepszej pracy, nie pomoże w tym porównywanie do rodzeństwa, czy też gdybanie i porównywanie do moich praszczurów i o tym, jaki ja zdolny i że się marnuję. 5 razy wdepnąłem w to bagno i ponownie nie zamierzam więcej topić swoich pieniędzy dla innych.

Zamiast nieść papierek przejścia przez totalny gnój pracodawcy, który 5 lat zabrane z życia oceni krótkim spojrzeniem na papier, dołączeniu do akt i odhaczeniu rubryczki na cv, firmę założę sam. I wykorzystam w niej wszystko to, czego się przez te 5 lat nauczyłem w innej szkole - pracy. Umiejętności zarządzania, Prawo pracy, umiejętność zdobycia kontaktu z klientem, otwartość na nowe propozycje...

A artykuł gazety wyborczej pokazuje, że jest jeszcze wiele osób w tym kraju, które już wie, że na studiach nieważne jest to, czego się nauczymy, tylko papierek, ale wciąż okłamujące się, że im ten papierek jest do czegoś potrzebny.
19:15, jan.szulc
Link Komentarze (2) »
piątek, 18 września 2009
Szacunek ludzi ulicy
Peja na koncercie poszczuł swoich fanów-karków na dzieciaka, który mu pokazał faka. Słychać, jak przez mikrofon wyrzuca z siebie niekończącą się falę obelg, a przez krótki moment, kiedy kamera jest ustawiona na publikę, widać kotłowaninę, kopniaki i bluzgi. Zadowolony z siebie Peja kończy tekstem "tak kończą frajerzy". No tak, nieźle mu pokazał

Aż mu kredki z plecaka wypadły.

Oto było widać, jak bożyszcze kultury kretynów siedzących na siłce w bluzach z pitbullami pokazuje, jaki ma respekt wśród swoich. Nikt mu nie podskoczy.

A jednak coś poszło nie tak - ktoś się o tym dowiedział. Rozpoczęła się fala oburzenia ze strony zwykłych ludzi, którzy powiedzieli "dość". Co prawda anonimowo, ale na filmiku widać, czemu kulturze pięści i kurwy ciężko się przeciwstawić osobiście. Peja przywołał do siebie swojego managiera, a ten z potoku kurew i jebanych pedałow wylewających się z jego artystycznej duszy, sklecił odpowiedź. W odpowiedzi słychać "ja nie chciałem, ja nie miałem tego na myśli, ochrona dzielnie się zachowała, przepraszam". Na filmiku nie widać tego. Dumny z siebie dresiarz poszczuł swoimi fanami gościa, który pokazał mu faka.

Fani w Internecie bronią go jak mogą. Tłumaczą, że gdyby ktoś mi pokazał na ulicy faka, to bym mu zdefasonował ryj. Ale nie wiedzą, że ja nie jestem jak oni. Ani też inni, do których takie tłumaczenia nie trafiają. Nie wiedzą, że można coś takiego zignorować i rozstać się z taką osobą bez przelewania krwi.

W samą porę w jednej kopalni wybuchł pożar i Polska zwróciła swoje przeglądarki internetowe w inne miejsce. 
20:35, jan.szulc
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 26 lipca 2009
Moje życie ze szczególnym uwzględnieniem szalonego wręcz powodzenia u kobiet
Pamięci Leszka Kołakowskiego, jego tekst z 76 roku.

Urodziwszy się w rodzinie obszarniczo-syjonistyczno-burżuazyjnej (moje prawdziwe nazwisko jest Lejba Ksawery X. Grynszpan-Czartoryski), od dzieciństwa żywiłem wściekłą nienawiść do mas ludowych, Polski, Związku Radzieckiego i postępu. Już w 1903 roku zacząłem pracować w Ochranie, aby znęcać się nad klasą robotniczą, prowadzącą walkę o niepodległość pod przewodem SDKPiL, a zarazem, w wiadomych celach, szerzyłem aktywnie błędy SDKPiL w sprawie narodowej. Jednocześnie byłem wtedy działaczem dywersyjnej burżuazyjno-obszarniczej partii PPS, która pod przykrywką hasła "niepodległości" usiłowała odciągnąć masy pracujące od walki klasowej i nieśmiertelnej przyjaźni polsko-radzieckiej. Jak prawie wszyscy endeko-piłsudczycy wstąpiłem też do syjonistycznej organizacji Bund, która szerzyła w masach żydowskich wiadome złudzenia, aby nie dopuścić do ich wyzwolenia z jarzma rabinów i reakcyjnego kleru. Pracowałem też aż do 1914 roku w neo-hitlerowskiej organizacji Hakata, dokąd zostałem odkomenderowany przez masonerię w porozumieniu z Watykanem.

Kiedy w 1918 roku kraj nasz, dzięki usilnym staraniom Lenina i Dzierżyńskiego, odzyskał niepodległość, zwalczałem z pozycji dywersyjnych słuszne hasło wcielenia Polski do Związku Radzieckiego. Zarazem zaś, jako Żyd-obszarnik, oderwany od mas, popierałem niesłuszne na tym etapie hasło wcielenia Polski do Związku Radzieckiego. Ale zobaczyłem, że nie da się odwrócić koła historii (por. w tej sprawie pracę pułkownika Walentego Kapusia pt. "Czy da się odwrócić koło historii?", Warszawa 1975, zwłaszcza rozdział 5 pt. "Nie da się odwrócić koła historii!", a w szczególności paragraf 7 tego rozdziału pt. "Nikt nie odwróci koła historii"; dodajmy nawiasem, że płk Kapuś dostał słusznie za tę pracę tytuł docenta, dwa Krzyże Walecznych i różne inne słuszne godności).

W latach międzywojennych jako sierżant Defy pracowałem aktywnie w trockistowsko-faszystowskich partiach liberalnych, dowodzonych przez Abrama Kohna i kardynała Hlonda; w celu mydlenia oczu masom ludowym występowałem przeciwko słusznej uchwale o rozwiązaniu KPP, którą to uchwałę wyż. wym. masy ludowe gorąco popierały. W tym samym czasie, wbrew masom ludowym, popierałem niesłuszną uchwałę o rozwiązaniu KPP, gdyż byłem całkowicie pogrążony w błędach i wypaczeniach kultu jednostki.

Nie muszę dodawać, że w latach wojny, z polecenia syjonistycznego odłamu masonerii, byłem majorem SS, bo to i tak wszyscy wiedzą. Aż do świtu 21 czerwca 1941 roku, ku oburzeniu mas ludowych, stałem po stronie anglo-francuskich imperialistycznych podżegaczy wojennych, którzy sabotowali pokojową politykę kanclerza Hitlera, a od samego świtu 21 czerwca 1941 roku zwalczałem wojenny wysiłek sprzymierzonych sił postępu i demokracji w walce z hitlerowskimi ludobójcami. Jako działacz zaplutego karła reakcji AK stałem z bronią u nogi i nie chciałem walczyć z okupantem, przez co też wykrwawiłem naród w prowokacyjnym powstaniu warszawskim. Kiedy w tym czasie 6 milionów Żydów wymordowało samych siebie, ja o tym głośno mówiłem, a o zbrodniach popełnionych na Polakach milczałem złośliwie (zobacz w "Encyklopedii" hasła "Oświęcim", "Katyń" i "złośliwie").

W pierwszych latach po wyzwoleniu zwalczałem wściekle, z pozycji reakcyjnego pod-ziemia, reformę rolną oraz brałem udział, razem z Rotbaumem i Fajbergiem, w wypaczeniach stalinowskiego systemu bezpieczeństwa, któremu przewodził prezydent Bierut, wielki Polak i bojownik o sprawiedliwość. Co więcej, zwalczałem słuszną linię partii dowodzonej przez tow. Bieruta i "potępiałem" słuszne uwięzienie byłego sekretarza partii Gomułki. Mało tego, budując kult jednostki przyczyniłem się decydująco do niesłusznego uwięzienia sekretarza partii Gomułki. Aż do września 1956 roku atakowałem słuszną linię partii i usiłowałem przywrócić do władzy zdemaskowanego, zbankrutowanego politykiera, niejakiego W. Gomułkę. Nowe błędy popełniłem złośliwie po październiku 1956 r., kiedy to zwalczałem ukochanego i wybranego przez naród sekretarza partii Wiesława Gomułkę, i potem, kiedy to popierałem błędną politykę gospodarczą tow. Władysława Gomułki. Czyż muszę dodawać, że w tym celu oraz żeby podkreślić moją nienawiść do mas ludowych i do wolności ożeniłem się z córką rabina i reakcyjnego kleru?

W tym to czasie również napisałem "książkę", w której wyłożyłem "teorię", wedle której ŻYCIE IDEOWE KOMUNIZMU POLEGA NA NIEUSTANNYM ZJADANIU WŁASNEGO GÓWNA, chociaż zostało naukowo udowodnione, że jest wręcz przeciwnie (porównaj w tej sprawie dzieło zbiorowe Ignacego Pośladka i habilitowanego Chaima Werbelsyna pt. "O naukowej naukowości naukowego marksizmu-leninizmu", zwłaszcza rozdział I pt. "Dialektyka pożywienia i gówna", gdzie jest naukowo udowodnione, że przeciwstawienie pożywienia gównu jest antydialektyczne, rewizjonistyczne i nienaukowe; obaj autorzy słusznie dostali za swoją pracę po dwa Virtuti Militari i dodatek 900 proc. do emerytury, z czego widać, że dzieło ich jest naukowe, a moja "teoria" fałszywa).

Przez cały ten okres bratałem się, rzecz jasna, z odwetowcami zachodnio-niemieckimi i pogrobowcami hitleryzmu, jeżdżąc na zjazdy SS-manów i podobne imprezy organizowane przez "Kulturę" paryską i inne antypolskie ośrodki. Za to też ostatnio ciż sami SS-mani mi zapłacili "nagrodą", którą już przedtem dostały takie "osobistości" jak niejaki Albert Schweitzer (prawdopodobnie Żyd), Martin Buber (jawny syjonista), "kardynał" Bea (samo nazwisko mówi za siebie), Janusz Korczak (prawdziwe nazwisko Grynbaum czy coś takiego; z nienawiści do postępu i Polski sam się spalił w 1942 roku), Ernst Bloch (uciekł z NRD, gdyż nienawidził wolności, i osiedlił się wśród neohitlerowców z RFN), Hermann Hesse (sic!), Gabriel Marcel (nie ma nawet o czym mówić), Max Frisch (działacz szwajcarskiego imperializmu) i tym podobne dobrane towarzystwo.

Na płaszczyźnie międzynarodowej wysługuję się nadal na wszystkie sposoby krwawemu oprawcy narodu chilijskiego Pinochetowi i zwalczam postępowy ustrój demokratyczny marszałka (może już generalissimusa) Amina.

Obecnie, kłamliwie zatajając swoje zbrodnie, jednocześnie cynicznie się nimi chełpię.


12:57, jan.szulc
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 06 kwietnia 2009
Kurwa!
Dużo łatwiej zwalić wszystko na korporację. A dużo trudniej dokładnie przeczytać, o co chodzi.

Warszawa wydała kupę kasy na nowy stadion. Stadion Legii dzierżawiony przez ITI, czyli jego właściciela. Kupę kasy, czyli pół miliarda.

Na tym zwykle się kończy czytanie wiadomości, a zaczyna opluwanie Gronkiewiczowej na forach onetu i gazety wyborczej.

A wystarczy doczytać dalej - Stadion Legii ITI dzierżawi za olbrzymie pieniądze. Na tej samej sesji podniesiono ośmiokrotnie czynsz za wynajem stadionu. Ośmiokrotnie.

Czynsz? Co to jest czynsz? To opłata za korzystanie z czyjegoś terenu. Czyjegoś!

Czyli stadion jest Warszawy! Odnawiają swój własny stadion! A ITI nie ma tu nic do rzeczy!!!

Kurwa.
21:51, jan.szulc
Link Komentarze (3) »
sobota, 15 listopada 2008
Apple' Credo
1. There is a vast, worldwide conspiracy to destroy Apple. It includes journalists, Microsoft, and the business community in general.
2. Any attack on Apple is, in addition, a personal attack on you. Retaliation for these attacks must be swift, personal, and based on the concept that the best defense is a good offense.
3. Anything not entirely favorable said about the Mac, the iPod, the iPhone, or any Apple product is an attack on Apple and a personal attack on all Macintosh users. (See #2.)
4. Anything positive said about a competitor to the Mac, the iPod, the iPhone, or any Apple product is an attack on Apple and a personal attack on all Macintosh users; it must be met with an immediate counterattack that stresses the quality of the Mac compared to the PC regardless of what the original products were. (See #2 and #11.)
5. Leaving Apple or an Apple product out of any discussion to which it can be related (e.g., the graphical user interface, MP3 players) is an attack on Apple and a personal attack on all Macintosh users, no matter what the topic of the discussion. (See #2.)
6. Aside from the staff at Mac-related publications, e.g., MacWorld, the only journalists who know anything about computers are Walt Mossberg and David Pogue. (Note: Knowing something about computers is synonymous with loving and praising the Mac.)
7. Whenever in a discussion with the other kind of journalist, it is important to remind him/her that he/she cant hold a candle to them.
8. The superiority of the iPod is clearly demonstrated by its popularity. The inferiority of Windows is clearly demonstrated by its popularity.
9. No one could possibly use Windows by choice; they must do so because they dont know any better. Its important to educate them about the Mac as frequently and as loudly as possible.
10. Its important to bring up viruses, Trojans, and spyware whenever discussing Windows or the Mac. Ignoring the existence of anti-virus and anti-spyware software for the PC (and the fact that it updates itself automatically), is permissible.
11. Anything good about Windows was done by Apple first. If someone likes a particular Windows program or feature, its a good idea remind them of Apples precedence and to point out how foolish they are for liking the Windows version. This does not apply to the two-button mouse.
12. Every discussion of any Apple product must always be brought back to how much better the Mac is than a Windows PC, regardless of the original subject.
19:00, jan.szulc
Link Komentarze (1) »
niedziela, 25 maja 2008
Silent Death
Przyjechal Silent. Po 4 latach, od kiedy po dwoch hucznych pozegnaniach wyjechal czlek, ktory mimo swojego mlodego wieku byl dla mnie wiecej niz wzorem i przyjacielem, wyjechal na zawsze do stanow, aby tam, u rodziny swojego ojca rozpoczac studia, zalozyc firme i zarabiac krocie na swoim genialnym umysle.

Przyjechal, odwiedzil nas. I czego sie spodziewalem? Czyms tu sie pochwalic. Do czego doszedlem przez te cztery lata. Czego sie nauczylem?
4 razy bylem na pierwszym, nigdy nie zaliczonym roku na 3 kierunkach, ktore w niczym sie ze soba nie nakladaly. Po rozpoczeciu studiow zaocznych zaczalem prace, w ktorej mialem 3 awanse i sobie z niej poszedlem. Zaczalem gdzie indziej, gdzie poczulem sie do dupy, wiec wrocilem do starej.

Zmienilo sie moje podejscie do zycia - z niesmialego kujona zmienilem sie w szalonego i inteligentnego nieuka, ktory trwoni swoj talent na kazdym kroku. W alkoholika i czleka, ktory w wieku 23 lat dalej spedza pol zycia nad grami komputerowymi. Zarabia na tym, ale i tak spedza.

A co u Silenta? Wlasciwie sie nie zmienil. Jaki ambitny byl, taki jest. Jaki, byl kobiecarzem, takim pozostal. Jak byl zdolny i wyrosniety, tak pozostal. W niczym sie nie zmienil. Nic nie wyobrazalem sobie ponad to, co zobaczylem. Zawsze taki byl. I to chyba mi nie pasowalo. Bo ja sie zmienilem, liczylem na cos... Na co? Ze zmieni sie w ta sama strone, co ja? Ze bedzie trwonil samego siebie, chlejac alkohol, chodzac na koncerty, na ktorych mozna polamac kosci w chwile nieuwagi, ze na niczym nie bedzie mu juz zalezec? Czemu o tym myslalem?

Rauk powiedzial, ze Silent jest juz do dupy, ze sie zepsul. Ja mysle, ze nie zepsul sie, bo zawsze taki byl. Pojechal i utrzymal tempo, a do dupy jestesmy my. Bawimy sie, cieszymy, pieprzymy, pijemy, kosci na koncertach lamiemy. A on zarabia dosc, zeby sobie samochod co roku kupowac. Nawet sie tego spodziewalem. Nie wiem, jakie mna uczucie targa... Moze pytanie - Kto jest przegrany, a kto wygrany? 
22:39, jan.szulc
Link Komentarze (9) »
czwartek, 10 kwietnia 2008
Taka mała biedroneczka...
Chcielibyscie pracowac w firmie, w ktorej przez 12 godzin co drugi dzien nie trzeba bylo robic absolutnie nic, oprocz czestego chodzenia na przerwy? Jasne, wizja piekna. Ale ja nie.

Saturn to bagno totalne. Ludzie tu pracujacy wyzywaja klientow, smieja im sie w twarz, jak klient nie wie, jaka karta pasuje mu do telefonu. Najlepiej odeslac go precz i schowac sie gdzies, zeby nie znalazl nas pozniej. Rzecz, ktora chce kupic jest w magazynie? Powiedzmy, ze nie ma, bo nie chce nam sie jej szukac. Podpierajmy solidarnie stoly i czekajmy do zamkniecia. Kierownik jest przekonany, ze wszystko jest zrobione i nie ma zadnych obiekcji. Dyrektor ma w dupie niskie obroty, spowodowane tym, ze pracownicy naduzywaja slowa "nie" wzgledem klientow. Smieje sie z niskich obrotow razem z kierownikami - mamy chwilowa przebudowe dzialu i nie sprzedamy panu laptopa. Ach, stoi w miejscu, gdzie przebudowy nie ma? Zaraz przyjdzie pracownik i go zabierze stamtad.

Pierwszego dnia, jak przyszedlem do tego miejsca, zeby tu pracowac bylem tak samo nastawiony jak zawsze - praca to praca. Dopieszczanie dzialu, obsluga klienta, namawianie go na zakup, informowanie o mozliwosciach tego telefonu. Trafilem na gbura na dziale, ktory, jak sie przedstawilem, nie odwrocil wzroku sprzed monitora i nic mi nie wyjasnil. Kiedy spytalem sie, jak szukac przedmiotow w systemie, odpowiedzial "nie interesuj sie tym, wez szmate i wytrzyj memorki". Wzialem szmate, wytarlem memorki. A ze skonczylem je szybko, wzialem sie za wycieranie kurzu z pozostalych rzeczy na dziale. Kiedy skonczylem, zauwazylem, ze na kilku formatkach sa bledy. Zaoferowalem poprawienie tych bledow. Uslyszalem "zostaw to, sa wazniejsze rzeczy". Zapytalem jakie. Nie otrzymalem odpowiedzi.
Przez caly dzien szukalem sobie roboty na dziale i ciagle slyszalem, zebym przestal to robic i poszedl podpierac stol "to jest twoje miejsce pracy". Mimo tego, nie tracilem ducha optymizmu - jeden to gbur, moze drugi nie bardzo? Gdzie tam - drugi kazal mi ulozyc palete - super. Cos do zrobienia. Zapytalem sie, czy istnieje tu jakis merchandising, ktorego mam sie trzymac. Ale gosc mnie olal, poszedl na przerwe. Godzinna. Trzecia tego dnia. Kiedy wrocil, powiedzial, ze wszystko jest zle. Jak zapytalem sie, co, to odpowiedzial, zebym sie przyjrzal innej palecie. Przyjrzalem i odpowiedzialem, ze tamta jest cala obstawiona Siemensami. Tymczasem tu mam ustawic piec roznych marek. Nie dowiedzialem sie, jak mam je ustawic. Cztery razy ustawialem palete i cztery razy przychodzil buc z przerwy i mi mowil, ze wszystko jest zle. W koncu mruknal cos o mnie obrazliwego pod nosem i zabral sie za ustawianie. Ustawil i poszedl sobie. Nie powiedzial, co poprawil, ja nie zobaczylem zadnej roznicy.
Pytalem sie, kiedy dostane identyfikator. Albo dowod wlasnosci mojego telefonu. Albo grafik. Albo login i haslo do systemu. Nikt mi nie chcial wyjasnic. Kierownik, ktory mnie zatrudnil rowniez. Poszedlem do sekretariatu i zrobilem burde. Dopiero dyrektor zlapal ich za jaja i kazal w sekretariacie mi wszystko przygotowac. Wtedy tez poznalem kierowniczke, ktora byla moja kierowniczka. Poswiecila na moja osobe jakies 3 minuty i poszla sobie. Nie pokazala mi sklepu, nie zapoznala z dzialem, nic nie pokazala.

Minal miesiac, a ja widzialem kierowniczke przez dokladnie 3 minuty. Na dziale nic nie robie, bo jak sie za cos zabieram, to buce z dzialu mi ta prace niszcza i kaza dalej podpierac blat. Zlozylem wypowiedzenie, ale im nie powiedzialem. Po tygodniu od zlozenia wypowiedzenia, dalej jedyne osoby jakie o tym wiedza, to sekretarka i dyrektor. Oni mi nic nie powiedzieli, ja nie powiem im w zamian niczego.
22:40, jan.szulc
Link Komentarze (3) »
sobota, 23 lutego 2008
Bój się
Przyda ci się. Ten strach zamknie ci usta, nie pozwoli popełniać tych błędów, które mogą cię zgubić. Bój się mnie i siebie samego. Strach ci pomoże. Bo kiedy u swoich drzwi zobaczysz dziesięć tysięcy pięści, nic cie nie uratuje.

Rząd powinien się bać swoich obywateli.
20:01, jan.szulc
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 18 lutego 2008
Jestem jebanym liberalem
I obchodzi mnie wylacznie moja dupa. Jesli wiem, ze moja dupa bedzie miala wiekszy profit - korzystam.
2 i pol roku pracowalem w empiku. Mialem tam dwa awanse. Znalem sklep od podszewki, wiedzialem co jest gdzie i po co. Jak dziala, funkcjonuje. Znalem dostawcow i wydawcow. Porzucilem to wszystko zaraz, jak tylko dostalem lepsza oferte pracy.
Czemu porzucilem tak zgrana i wygrzana posadke? A czemu mialbym na niej pozostawac? Kiedy zauwazylem, ze nie rozwine skrzydel bardziej - odszedlem. Znam swoja cene i wiem, jak sie sprzedac. Nie minelo wiecej niz 20 minut od zlozenia CV w Saturnie na Zlotych Tarasach do uscisniecia dloni dyrektorowi na powitanie w zespole.
Nie probujcie bronic swojej starej pracy, jesli nie docenia ona waszej wiedzy, doswiadczenia i umiejetnosci. One sa warte wiecej, niz zdajecie sobie z tego sprawy.
10:51, jan.szulc
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 03 grudnia 2007
Muzeum Etnograficzne, ciag dalszy
Jest chujowo zarzadzane. Beznadziejna atmosfere. I wogole jest do dupy.

Czemu, Jura, uwazasz, ze mowie, jak dziecko z podstawowki? Czemu muzeum etnograficzne wielkim poeta bylo? Czemu nie mozna go ocenic, jako miejsce, gdzie ludzie przychodza, zeby chlonac kulture, a miejsce owo ich odpycha? Pierdole takie miejsce i tyle. W ramach rozrywki nie moge dotykac? Od ogladania jest telewizja? W takim razie powiesmy klodke na drzwiach muzeum, wyjdzie taniej pokazywanie tych eksponatow. Maja czym sie pochwalic, a ludzie, ktorzy tam pracuja patrza na zwiedzajacych jak na intruzow. Jebac ich w dupe.
Holocie nie wolno dotykac eksponatow? Zapraszamy do Biskupina, gdzie mozna na wlasnej skorze sie przekonac, jak wygladalo zycie na tych ziemiach w czasach praslowian. I te "bezcenne eksponaty"... Jesli ten chleb paschalny w muzeum byl bezcennym eksponatem, to powinien sie nim zajac sanepid, bo chujstwo musialo juz dawno przegnic od srodka.
Biedna Jura byla w muzeum sztuki wspolczesnej i nie podobaly sie jej filmiki? Odpowiem twoim zdaniem - "Mówisz jak dziecko z podstawówki któremu kazano iść od muzeum i ogladać coś czego kompletnie nie rozumie".

A - i jeszcze jedno. Czemu nie wolno w takim muzeum zrobic zdjecia eksponatom? Flesz je uszkodzi?
19:39, jan.szulc
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13






Radio Maryja